NIECH BĘDZIE POCHWALONY JEZUS CHRYSTUS” UWIELBIENIE W POZDROWIENIU

 

Ks. Marek Chmielewski

W świadomość Polaków obecnego pokolenia, mocno wrył się w pamięć obraz epokowego wydarzenia, które miało miejsce wieczorem 16 października 1978 roku. Na centralnym balkonie Bazyliki św. Piotra w Watykanie, po uroczystej zapowiedzi dziekana kolegium kardynalskiego: „Annuntio vobis gaudium magnum — habemus papam...”, ukazał się nowowybrany Papież „z dalekiego kraju”, jak o sobie powiedział. Jego pierwsze słowa, to wypowiedziane po włosku pozdrowienie: „Sia lodato Gesù Cristo!”. Zaskoczyły one wszystkich, także otaczających Jana Pawła II kardynałów, czego przejawem była następująca po nich chwila ciszy. I zanim wybuchła nieopisana radość tłumu, dlatego że Papież przemówił po włosku, kard. Pericle Felici — chyba jako jedyny — zdołał odpowiedzieć na papieskie pozdrowienie: „Sempre sia lodato!”1 To bardzo wymowny epizod z początku obecnego pontyfikatu. Wcale nieprzypadkowo Papież przywitał tłumy w taki właśnie sposób, przypominając zarazem światu o potrzebie chrześcijańskiego pozdrawiania siebie nawzajem poprzez oddanie chwały imieniu Jezusa Chrystusa. Znamienne jest także i to, że wielotysięczny tłum nie umiał odpowiedzieć na słowa tego pozdrowienia, i to nie tylko z powodu zaskoczenia wyborem papieża nie-Włocha. Być może gdyby Jan Paweł II, zgodnie z powszechnie panującym zwyczajem we Włoszech, także w kręgach kościelnych, odezwał się: „Buona sera a tutti!”, tłum spontanicznie wielkim echem odpowiedziałby mu: „Buona sera!” Widać z tego, że to piękne i teologicznie głębokie pozdrowienie, które kilka wieków wcześniej pojawiło się w religijnej kulturze mieszkańców Półwyspu Apenińskiego, współcześnie poszło w zapomnienie. Także wśród Polaków, jakże dumnych ze swego Rodaka w Rzymie, coraz rzadziej słyszy się pozdrowienie: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” i odpowiedź: „Na wieki wieków. Amen!”. Tymczasem w Austrii i południowych Niemczech zwyczajne, codzienne pozdrowienie ludzi szanujących swoich znajomych i sąsiadów, to nadal: „Grüβ Gott!”. Czyż nie jest to jedna z oznak „utraty pamięci i dziedzictwa chrześcijańskiego” (por. EiE 7), która — według Jana Pawła II — charakteryzuje współczesne europejskie społeczeństwo „chore na horyzontalizm i potrzebujące otwarcia na Transcendencję” (por. EiE 34)? Głęboko wpisane w ogólnokościelną i polską tradycję pozdrowienie: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”, ponieważ jest najprostszym aktem uwielbienia Boga w codzienności, może i powinno stać się okazją do przywracania oraz manifestowania poczucia własnej chrześcijańskiej tożsamości i godności, a przez to niekiedy słowem pierwszej ewangelizacji. 1. Geneza pozdrowienia Chrześcijański sposób wzajemnego pozdrawiania się przez powtarzanie imienia Jezusa lub wypowiadanie błogosławieństwa, nawiązuje do starotestamentalnego zwyczaju wymieniania znaku (pocałunku) pokoju, życzenia Bożej opieki lub powtarzania słów shalom (hebr. pokój) przy spotkaniu lub pożegnaniu z kimś, kto należał do Narodu Wybranego2. Także w Nowym Testamencie nie brak wzmianek o pozdrowieniach w jakiś sposób przyzywających i wychwalających imię Boże. Najbardziej charakterystyczne jest pozdrowienie Maryi przez Archanioła Gabriela podczas zwiastowania (por. Łk 1, 28) i Chrystusowe życzenie pokoju, gdy ukazał się po swoim zmartwychwstaniu uczniom zgromadzonym w wieczerniku (por. J 20, 19). Jezus, posyłając swoich apostołów na próbną ewangelizację, poleca im, aby wchodząc do jakiegoś domu, najpierw pozdrawiali jego mieszkańców, życząc im pokoju (Łk 10, 5). Wyraźną zachętę do podobnej praktyki znaleźć można u św. Pawła, który nie tylko poleca chrześcijanom z Efezu, by „napełniając się Duchem Świętym” przemawiali do siebie „wzajemnie w psalmach i hymnach, i pieśniach pełnych ducha” (Ef 5, 19), ale sam na początku lub w zakończeniu swoich listów pasterskich, śle adresatom — niekiedy pisane własnoręcznie — życzenie miłości Boga Ojca, łaski Jezusa Chrystusa i daru jedności w Duchu Świętym3. Podobnie czyni św. Jan Apostoł w swoich listach (por. 2 J 3; 3 J 15) i w Apokalipsie (por. Ap 1, 4). Zwyczaj pozdrawiania w imię Boże lub przez odwołanie się do prawd wiary upowszechniał się w zakonach, gdzie powstawały pewne specyficzne tradycje z tym związane. Na przykład kartuzi do dziś na co dzień pozdrawiają się łacińskim „Memento mori!”, a franciszkanie — „Pax et bonum!”.

Natomiast najbardziej popularnym w chrześcijaństwie zachodnim i niemal oficjalnym stało się pozdrowienie: „Laudetur Jesus Christus. In saecula saeculorum. Amen”, które powstało w środowisku włoskiego bractwa jezuatów4. Pierwotnie było to bractwo laików. Jego założycielem był sieneński kupiec z zacnego rodu bł. Jan Colombini († 1367). Pod wpływem lektury biografii św. Marii Egipcjanki nawrócił się. Poddawszy się pod duchowe kierownictwo bł. Piotra Petroni, zdecydował się na życie samotne, w radykalnym ubóstwie i surowej pokucie, wskutek czego uważany był za człowieka chorego psychicznie. Jako świecki głosił publicznie wezwanie do pokuty i podjęcia dzieł miłosierdzia, sam zajmując się chorymi i ubogimi5. Szybko skupił wokół siebie około siedemdziesięciu zamożnych mieszkańców Sieny. Byli to mężczyźni głównie ze znaczących rodów. Jednakże senat miasta, obawiając się skandalu, usunął ich poza Sienę, ale niebawem zawezwał do opieki nad chorymi i umierającymi podczas zarazy w 1364 roku. Dzięki ustnej aprobacie Urbana V w 1367 roku, bractwo zaczęło się szybko rozwijać. Powstało szereg konwentów, także poza Sieną, m.in. w Lukce, Pistoi, Ferrarze, Bolonii, Arezzo, Florencji i Livorno, a nawet w Tuluzie we Francji, gdzie prowadzono życie eremickie. Papież Marcin V w 1428 roku zatwierdził pierwszą regułę jezuatów. W związku z ich osiedleniem się przy kościele św. Hieronima w Sienie, papież Aleksander VI w 1499 roku nadał im nazwę „Jezuaci św. Hieronima”, co sprawiło, że odtąd często nazywano ich także hieronimitami. W roku 1532 papież Klemens VII bullą Sacra religionis sinceritas nadał im przywileje augustianów, zaś Pius V zrównał ich w przywilejach z zakonami żebrzącymi, przez co bractwo formalnie stało się zgromadzeniem zakonnym. Jednakże powolny proces klerykalizacji zakonu, postępujący wbrew pierwotnym założeniom, sprawił, że nie tylko zaniedbano własny charyzmat, ale doszło także do różnych nadużyć odnośnie do święceń kapłańskich. W wyniku tego papież Klemens IX bullą Romanus pontifex z 6 XII 1668 roku definitywnie rozwiązał zakon, który wtedy liczył kilkuset członków w 34 klasztorach na terenie Włoch6. Warto wspomnieć, że bł. Jan Colombini wraz ze swoją kuzynką Katarzyną Colombini († 1387), założył także żeńską gałąź bractwa pod nazwą jezuatki lub hieronimitki, dla których duchowym wzorem była św. Maria Magdalena, odznaczająca się pokutą i miłością. Jako zakon, jezuatki przetrwały aż do początku XIX wieku. Jedyny ocalały z wojen napoleońskich ich klasztor w Lukce w połowie lat pięćdziesiątych XX wieku został włączony do innej wspólnoty zakonnej7. Zaledwie trzystuletnia historia jezuatów i o dwa wieki dłuższa historia jezuatek pozostawiły trwały ślad w duchowości europejskiej. Chodzi tu o rozpropagowanie zwyczaju wzajemnego pozdrawiania się imieniem Jezusa. Właśnie ze względu na to, iż członkowie obydwu wspólnot mieli zwyczaj głośnego pozdrawiania się w ten sposób i częstego powtarzania Imienia Jezus na wzór wschodnich hezychastów, zwłaszcza podczas publicznych modłów lub procesji, nazwano ich jezuatami i — odpowiednio — jezuatkami. Tę praktykę zaaprobował papież Sykstus V bullą Reddituri (1589), udzielając licznych odpustów dla wszystkich, którzy będą pozdrawiać się uwielbiając imię Jezusa Chrystusa. Dzięki temu zwyczaj ten stał się powszechny w całej ówczesnej Europie8. Bł. Jan Colombini pozostawił po sobie, oprócz biografii swego ojca duchownego bł. Piotra Petroni, pieśń Diletto Gesù chi ben ti ama, w której wysławia imię Jezusa, a także całą serię „laudów”, czyli pełnych uwielbienia westchnień do Chrystusa Pana, zwykle recytowanych publicznie9. Upowszechniane przez jezuatów i jezuatki pozdrowienie „Sia lodato Gesù Cristo...” wyrastało z ich wybitnie chrystocentrycznej duchowości, która początkowo nawiązywała do tradycji benedyktyńskiej, a później augustiańskiej. Założyciel jezuatów w wielu listach, kierowanych głównie do mniszek z klasztoru Santa Bonda koło Sieny, podkreślał, że częste uwielbianie Jezusa Chrystusa przez powtarzanie Jego imienia, dogłębnie przemienia duszę i prowadzi ją do mistycznego zjednoczenia. Kontemplacja i uwielbienie, towarzyszące częstemu powtarzaniu imienia Jezus w typowym dla nich pozdrowieniu, odzwierciedlało duchowość zinterioryzowaną i afektywną, nawiązującą do ówczesnego nurtu devotio moderna. Ponadto duchowość jezuatów i jezuatek odznaczała się surową pokutą i dziełami miłosierdzia, powiązanymi z gorliwą modlitwą. Zamiast oficjum codziennie recytowano 165 razy „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”. Cztery razy na dobę były modlitwy wspólne, po których o świcie i zmierzchu biczowano się. Jezuaci, jak również jezuatki nosili białe habity z grubego i zgrzebnego płótna przepasane rzemieniem oraz brązowy szkaplerz10. Warto dodać, że chrystocentryczna duchowość jezuatów znacząco wpłynęła na św. Katarzynę ze Sieny, zwłaszcza na jej pobożność dla imienia Jezusa11. Upowszechnione przez jezuatów wielbiące imię Chrystusa pozdrowienie: „Sia lodato Gesù Cristo” lub w wersji łacińskiej: „Laudetur Jesus Christus”, w dobie renesansu weszło do kultury polskiej, o czym świadczą m.in. liczne wzmianki w literaturze12. Natomiast na Śląsku używa się raczej pozdrowienia: „Szczęść Boże!”, będącego odpowiednikiem niemieckiego „Grüβ Gott!”. Nawiązując do tego, Jan Paweł II podczas homilii na Jasnej Górze 6 VI 1979 roku zauważył, że „jest to jeden z najwspanialszych skrótów, jakie istnieją we wszystkich językach świata: dwa słowa łączące pamięć o Bogu z odniesieniem do ludzkiej pracy”13. Sam też wielokrotnie używa go pozdrawiając swoich rodaków. Nic więc dziwnego, że ostatnio pozdrowienie „Szczęść Boże!”, także ze względu na swą zwięzłość, coraz częściej używane jest w innych rejonach Polski. Trudno jednak powiedzieć, aby zarówno jedno jak i drugie pozdrowienie było w powszechnym, codziennym użyciu ludzi wierzących, którzy ostatnio coraz częściej posługują się świeckim, pozbawionym teologicznej wymowy pozdrowieniem „Dzień dobry!” czy innymi jego odpowiednikami, nierzadko pochodzącymi z różnych subkultur14. 2. Teologia pozdrowienia Nie ulega wątpliwości, że pozdrowienie słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...”, tak w pierwotnym zamyśle jezuatów, jak i w swej formie współczesnej, jest aktem uwielbienia Syna Bożego. Pomimo prostoty formy zawiera teologiczną głębię. Jest bowiem wydarzeniem dialogicznym, w którym wyraża się pragnienie oddania Boskiej czci Chrystusowi Panu, a tym samym kontemplacja jego Imienia. A. Wydarzenie dialogiczne Struktura osoby jest dialogiczna. Oznacza to, że osoba spełnia się i potwierdza swoją godność oraz wolność w komunikatywnej relacji do drugiej osoby. Nie chodzi tu jednak o zwykłą konwersację, pouczenie czy dyskusję, ale o w pełni osobowe otwarcie się na drugie „ja”, wypływające z miłości, czyli o dialog. Jest on w istocie nie tyle konkretnym aktem komunikacji międzyosobowej, co przede wszystkim zajęciem postawy, stylem życia, sposobem „bycia-dla-innych” i „bycia-z-innymi”, w którym ostatecznie zaciera się rozróżnienie na dawcę i obdarowanego, ponieważ aktualizuje się prawdziwa komunia osób. Charakteryzuje ją wzajemna otwartość, szczerość, empatia i nieuwarunkowana akceptacja oraz afirmacja15. W świetle tego należy stwierdzić, że każde pozdrowienie, jako przejaw kultury osobistej i społecznej, jest wydarzeniem dialogicznym, w którym i poprzez które człowiek nawiązuje lub podtrzymuje określone więzi z drugim człowiekiem. Również omawiane tu pozdrowienie chrześcijańskie ma formę dialogiczną. Osoba pozdrawiająca mówi bowiem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, zaś osoba pozdrawiana odpowiada: „Na wieki wieków. Amen”. Tego dialogicznego charakteru pozdrowienia nie zmienia nawet sytuacja, w której pozostaje ono nieodwzajemnione. Wypowiadając bowiem konwencjonalne słowa, człowiek daje wyraz swego otwarcia na drugiego, przez co wykracza poza ciasny krąg zainteresowania sobą. Jest to więc jakiś przejaw afirmacji drugiej osoby, uznanie dla jego podmiotowości i tego wszystkiego, co sobą reprezentuje. Oczywiście, zakłada to szczerość wypowiadanego pozdrowienia, wiadomo bowiem, że wcale nierzadko ludzie pozdrawiają się tylko dlatego, że zmusza ich do tego konwenans społeczny lub jakiś rodzaj zależności. Afirmacja drugiej osoby poprzez akt pozdrowienia służy zawiązywaniu i umacnianiu więzi społecznych, na bazie których tworzy się kultura i historia. Określone zatem sposoby wzajemnego pozdrawiania się są nie tylko wyrazem danej kultury, ale mają także znaczenie kulturotwórcze. Omawiany tutaj chrześcijański zwyczaj pozdrawiania się w imię Jezusa Chrystusa, jako wydarzenie dialogiczne, również ma doniosłe znaczenie kulturowe. Nie można go jednak redukować jedynie do zjawiska o charakterze etnologicznym. Autentyczność tego pozdrowienia wyrasta z ducha wiary, w jakim słowa: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...” są wypowiadane. Tym pozdrowieniem posługują się bowiem ludzie ochrzczeni, toteż przynajmniej implicite traktują je jako manifestację swojej wiary w Jezusa Chrystusa, choć może się zdarzyć, że i niechrześcijanie tymi słowami będą pozdrawiać chrześcijan ze względu na szacunek dla ich wiary16. Niezależnie od tego, jednak wzgląd na nadprzyrodzoną treść i kontekst omawianego tu pozdrowienia nabiera szczególnej dialogicznej wymowy. Dzieje się tak w jeszcze większym stopniu, gdy — jak wspomnieliśmy — omawiane pozdrowienie jest świadomym i zamierzonym wyznaniem wiary przy okazji spotkania się osób ochrzczonych. Jest to wówczas akt werbalnego uwielbienia Boga, a zarazem zakorzenienie relacji horyzontalnych w ich wertykalnym odniesieniu do Boga. Zachodzi bowiem sytuacja, w której wzajemnie afirmują się ludzie już nie tylko jako byty osobowe, ale jako dzieci Boże, przeniknięte świadomością najściślejszej więzi z Bogiem. W chrześcijańskim pozdrowieniu imieniem Jezusa Chrystusa dają oni wyraz świadomości opartej na wierze, że są stworzeni na „obraz i podobieństwo Boga” (por. Rdz 1, 26) i przez chrzest święty stali się „duchową świątynią, by stanowić święte kapłaństwo” (1 P 2, 5), „wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym” (1 P 2, 9). Oznacza to, że dzięki „usynowieniu” w Jezusie Chrystusie Synu Bożym, mocą łaski Bożej otrzymali także możliwość odzyskania w jakimś stopniu pierwotnego piękna, oszpeconego przez grzech pierworodny. Jak pisze św. Paweł, Chrystus jest „obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1, 15), dlatego w długim procesie życia duchowego, którego istotę stanowi chrystoformizacja17, chrześcijanie coraz pełniej stając się dziećmi Bożymi odzyskują „obraz i podobieństwo Boga”, stając się tym samym „nowym stworzeniem” (por. 2 Kor 5, 17)18. Słowa „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...” przez sam fakt afirmacji Osoby Chrystusa — „nowego Adama” każdemu wierzącemu uświadamiają dar dziecięctwa Bożego, co ma doniosły walor wychowawczy i profetyczny. Przypominanie sobie o otrzymanej godności dziecka Bożego skutecznie chroni przed niewiernością i grzechem. Dlatego św. Leon Wielki wzywa: „Chrześcijaninie, poznaj godność swoją”19. Powszechnie wiadomo, że pozdrowienie jest nie tylko wyrazem otwarcia na drugiego człowieka, ale także w pewnym sensie legitymizuje jego przynależność społeczną. Toteż na ogół każde środowisko ma charakteryzujący je sposób czy nawet rytuał wzajemnych pozdrowień i powitań, których respektowanie umacnia więzi oraz pozwala zachować właściwe relacje społecznego przyporządkowania. Zgodnie z tym, na przykład, służby mundurowe pozdrawiają się salutując, a w pewnych szczególnych sytuacjach dodatkowo posługują się hasłem, identyfikującym ich przynależność do określonego oddziału czy grupy operacyjnej. Podobną funkcję legitymizującą spełnia analizowane tu chrześcijańskie pozdrowienie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...”. Oprócz tego, że jest ono znakiem rozpoznawczym człowieka wierzącego, to uświadamia mu przynależność do rodziny dzieci Bożych, czyli do wspólnoty Kościoła świętego. Ma ono zatem znaczenie eklezjalne. Podobnie jak modlitewne wezwanie „Ojcze nasz” przypomina, że Bóg jest Ojcem wszystkich ludzi20, tak słowa tego pozdrowienia nie pozwalają zapomnieć, że ochrzczeni są dziećmi Bożymi i wszyscy zostali odkupieni przez Chrystusa, którego Imię wypowiadane jest z szacunkiem i Boską czcią. Tworzą zatem jedną wielką rodzinę Kościoła świętego — Mistyczne Ciała Chrystusa. B. Uwielbienie Imienia Bożego Interesujące nas pozdrowienie nie jest samym tylko gestem wzajemnej życzliwości, uprzejmości czy też wyrazem osobistej kultury chrześcijan, ale nade wszystko aktem uwielbienia Imienia Bożego. Jak uczy Katechizm Kościoła Katolickiego, „uwielbienie jest tą formą modlitwy, w której człowiek najbardziej bezpośrednio uznaje, iż Bóg jest Bogiem. Wysławia Go dla Niego samego, oddaje Mu chwałę nie ze względu na to, co On czyni, ale dlatego że ON JEST” (KKK 2639). Wobec tego chrześcijańskie pozdrowienie imieniem Jezusa Chrystusa jest w pełnym tego słowa znaczeniu aktem uwielbienia, wyraża bowiem bezinteresowny, nieuwarunkowany zachwyt Bogiem obecnym w spotykanym człowieku; jest kontemplacją Bożego „obrazu i podobieństwa” w drugim człowieku. Wyraża więc nie tylko pobożne życzenie, aby czczono Boże Imię w bliżej nieokreślonym czasie i miejscu, lecz jest pełnym wdzięczności i zachwytu zatrzymaniem się nad tajemnicą Boga w człowieku. A zatem chrześcijańskie pozdrowienie staje się aktem modlitwy uwielbienia hic et nunc. Uwielbienie zaś, jak podkreśla cytowany wyżej Katechizm Kościoła Katolickiego, „zespala inne formy modlitwy i zanosi je do Tego, który jest ich źródłem i celem” (KKK 2639). Pod tym względem pozdrowienie słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...” zdaje się nawiązywać do modlitwy Jezusowej, wyrosłej na gruncie wschodniej tradycji hezychastycznej21. Zachodzi bowiem między tymi formami modlitwy pewna zbieżność historyczna i teologiczna. Jak wspomniano wyżej, zwyczaj pozdrawiania się w imię Boże zrodził się z powszechnej wśród jezuatów i jezuatek praktyki częstego i publicznego wymawiania imienia Jezusa, co wyraźnie nawiązuje do starożytnej praktyki chrześcijańskiego Wschodu. Z kolei teologiczna zbieżność tego pozdrowienia z modlitwą Jezusową polega na afirmacji biblijnej prawdy, że w żadnym innym imieniu nie ma zbawienia, jak tylko w imieniu Jezusa (por. Dz 4, 12). Trzeba jednak dostrzec pewną zasadniczą różnicę, jaka zachodzi między nimi tymi formami uwielbienia Boga w Jezusie Chrystusie. Otóż modlitwa Jezusowa jest aktem uwielbienia o wyraźnym ukierunkowaniu wertykalnym, natomiast pozdrowienie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...” — o ukierunkowaniu horyzontalnym. Wierny, który wiele razy w ciągu dnia w swych myślach powtarza biblijną formułę: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”, schodzi niejako na  „dno serca”, aby tam doświadczyć obecności Zbawiciela, i pozwala siebie przeniknąć Jego łaską22. Natomiast chrześcijanin pozdrawiający drugiego imieniem Jezusa odnajduje Go nie tyle w sobie, w dnie swego serca, co raczej w drugim człowieku, zatem już nie pojedynczo, ale razem otwierają się na tajemnicę wszechogarniającej ich mocy Bożej. Pozdrowienie: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...” w swej treści teologicznej zdaje się też ściśle nawiązywać do pierwszej prośby zawartej w Modlitwie Pańskiej: „święć się imię Twoje”. W świetle teologii biblijnej imię nie tylko wskazuje na jednostkowy desygnat, ale odsłania samą jego istotę23. Toteż Adam, nadając stworzeniom odpowiednie imiona, rozpoznawał ich naturę (por. Rdz 2, 19-20). Z tego samego powodu było nie do pomyślenia w Starym Testamencie, aby ktokolwiek ośmielił się wypowiadać wprost imię Boże, co oznaczałoby pełną pychy chęć wniknięcia w tajemnicę Bożej istoty (por. Wj 20, 7)24. W ścisłej korelacji do funkcji imienia pozostaje pojęcie „święcić się”. W tym przypadku oznacza ono nie tyle przyczynowość Boga, który sam uświęca, co raczej uznanie Boga za świętego. Z tego powodu należy mu się uwielbienie i dziękczynienie (por. KKK 2807). Słowa Modlitwy Pańskiej wyrażają zatem prośbę, pragnienie i oczekiwanie, aby powszechnie uznano Boga za świętego i źródło wszelkiego uświęcenia, czemu wyraz daje także początek Drugiej Modlitwy Eucharystycznej. Objawienie się niedostępnej świętości Boga w dziele stworzenia i w historii, nazywane jest chwałą Bożą (por. KKK 2809). Tę prawdę o Bogu jedynie świętym w pełni objawił Jezus Chrystus (por. KKK 2812), któremu przysługuje imię ponad wszelkie imię. Dlatego „na imię Jezusa zgina się wszelkie kolano” (por. Flp 2, 10). Wypowiadając zatem prośbę odnośnie do czci Imienia Bożego w codziennej modlitwie „Ojcze nasz”, jak również pozdrawiając innych w imię Boże, chrześcijanin uznaje świętość Boga i wyraża pragnienie uświęcania oraz zbawienia wszystkiego (por. KKK 2814). W ten sposób aktualizuje się królestwo Boże na ziemi, zgodnie z prośbą zawartą w powtarzanej codziennie Modlitwie Pańskiej: „przyjdź królestwo Twoje”25. Skoro ono już jest i wciąż nadchodzi (por. Łk 17, 20-21), oznacza zarówno rzeczywistość eschatyczną, jak i antycypującą ją rzeczywistość doczesną, poddaną władztwu Chrystusa w mocy Ducha Świętego (por. KKK 2816-2818). Pragnienie zatem ostatecznego nadejścia Chrystusa nie oddala Kościoła i gorliwego chrześcijanina od odpowiedzialności za świat, w którym żyje. Przeciwnie, każdy ochrzczony ma dokładać wszelkich starań, aby wszystko i na zawsze było poddane Chrystusowi, który „jest Panem ku chwale Boga Ojca” (Flp 2, 11). Taka treść kryje się również w chrześcijańskim pozdrowieniu: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”, którego dopełnieniem jest odpowiedź: „Na wieki wieków. Amen!”. Można więc powiedzieć, że analizowane tu pozdrowienie chrześcijańskie jest w pewnym sensie antycypacją chwały zbawionych w niebie. Kontemplują oni bowiem świętość Boga na obliczu Jezusa, a tym samym wielbią „obraz i podobieństwo Boże” w sobie. Da się tu zastosować pewne porównanie: im bliżej wierzchołka są punkty na bokach trójkąta, tym samym są coraz bliżej siebie. Podobnie jest we wspólnocie Kościoła świętego — tej w chwale zbawionych i tej pielgrzymującej w wierze. Otóż wszyscy ochrzczeni w imię Jezusa Chrystusa, w wieczności kontemplując i uwielbiając Jego imię, wpatrują się w Jego Oblicze (por. Ap 22, 4) i doznają pełni szczęścia przez udział w życiu Trójcy Boskich Osób, które wzajemnie się kontemplując, poznają i miłują (por. DeV 8-10). Antycypacją tego stanu zbawionych jest kontemplacja i uwielbienie imienia Bożego na ziemi, także poprzez to pozdrowienie, wyrosłe w łonie chrześcijańskiej tradycji. Jan Paweł II w adhortacji o Kościele w Europie, zauważa, że współczesne społeczeństwo europejskie, trawione chorobą horyzontalizmu, potrzebuje otwarcia się na Transcendencję (por. EiE 34). Jednym z przejawów tego bolesnego zjawiska jest to, że „wielu ludzi nie potrafi już łączyć ewangelicznego przesłania z codziennym doświadczeniem; wzrasta trudność przeżywania osobistej wiary w Jezusa w takim kontekście społecznym i kulturowym, w którym chrześcijańska koncepcja życia jest stale wystawiana na próbę i zagrożona; w wielu sferach publicznych łatwiej jest deklarować się jako agnostycy, niż jako wierzący; odnosi się wrażenie, że niewiara jest czymś naturalnym, podczas gdy wiara wymaga uwierzytelnienia społecznego, które nie jest ani oczywiste, ani przewidywalne” (EiE 7). Wobec tego wydaje się pilną sprawą, aby w kulturze życia codziennego przywrócić należne miejsce głęboko chrześcijańskiemu pozdrowieniu słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...”. Z uwagi na to, że samo w sobie jest ono teologicznie bogatym uwielbieniem, a zarazem profetycznym wyznaniem wiary w Chrystusa, na nowo zyskuje swe znaczenie, zwłaszcza w kontekście powszechnego sekularyzmu. Może właśnie dlatego swój pontyfikat Jan Paweł II rozpoczął uwielbieniem Jezusa Chrystusa — Odkupiciela człowieka, gdy z balkonu watykańskiej bazyliki zwrócił się do zebranych: „Sia lodato Gesù Cristo”, aby tydzień później w orędziu inauguracyjnym wezwać cały świat: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi...!”.