Formacja alumnów i kaplanow

ks. Marek Dziewiecki

Dorastać do kapłaństwa to uczyć się myśleć i kochać jak Chrystus.

Mimo niewielkiego w ostatnich kilku latach spadku liczby wstępujących do seminariów duchownych diecezjalnych i zakonnych, liczba powołań do kapłaństwa w Polsce od kilku dziesięcioleci kształtuje się na wysokim poziomie i nie odczuwamy braków w tym względzie. W stosunku do innych krajów naszego kontynentu sytuacja ilościowa jest wręcz bardzo dobra, gdyż w Polsce mamy aż 25% wszystkich alumnów Europy. Niepokój budzi natomiast jakość niektórych kandydatów, zgłaszających się do domów formacyjnych. Coraz więcej jest wśród nich osób z rodzin niepełnych i w kryzysie. Spora grupa kandydatów ma poważne braki w wychowaniu, zwłaszcza w wymiarze intelektualnym, moralnym, duchowym i religijnym. Wielu ma problemy z solidnością, z pracowitością, z dyscypliną i z zaangażowaniem. Tymczasem Bóg nikogo nie powołuje do bycia księdzem czy zakonnikiem „drugiej kategorii”. W obecnych uwarunkowaniach kulturowych, społecznych i obyczajowych znacznie trudniej jest młodym ludziom dorastać do świętego kapłaństwa czy życia konsekrowanego. Podobnie zresztą, jak znacznie trudniej niż jeszcze kilkanaście lat temu przychodzi im dorastać do świętego życia w małżeństwie i rodzinie.

W tej sytuacji jeszcze ważniejsza niż dotąd staje się solidna formacja alumnów w seminariach duchownych. Formacja ta ma podwójny cel. Dla danego kandydata jest to czas modlitwy, nauki i różnych form zaangażowania duszpasterskiego po to, by weryfikować, czy rzeczywiście jest on powołany do kapłaństwa i czy rzeczywiście jego motywacja jest dojrzała. Z kolei wychowawcy seminaryjni są odpowiedzialni przed Bogiem i przed Kościołem za to, by pomagać kandydatowi w dorastaniu do powołania i by nie dopuścić do tego, aby ktoś przyjął święcenia czy złożył śluby zakonne bez osiągnięcia odpowiedniej dojrzałości. Do przyjęcia święceń kapłańskich nie wystarczy sam dar powołania. Konieczna jest także dojrzałość, która oznacza, że powołany dorasta do tego, by myśleć, kochać i pracować na wzór Chrystusa. Weryfikacja seminaryjna w obu wyżej wymienionych aspektach bywa z reguły skuteczna, gdyż zwykle do święceń dochodzi nie więcej kandydatów niż 50-60% spośród tych, którzy zgłosili się na pierwszy rok formacji. Ewentualne odejście z seminarium danego alumna jest zwykle przejawem jego uczciwości, zwłaszcza wtedy, gdy dokonuje się mocą jego osobistej decyzji. Ktoś taki uznaje bowiem, że kapłaństwo nie jest jednak jego drogą życia lub że nie dorasta – przynajmniej w tej fazie rozwoju – do łaski powołania.

Szczególnie ważną sferą wychowania seminaryjnego jest pomaganie alumnom w osiągnięciu dojrzałej integracji seksualnej. Punktem wyjścia jest ukazywanie sensu tej ważnej sfery człowieczeństwa. Otóż sensem ludzkiej seksualności nie jest rozładowanie popędu czy szukanie chwilowej przyjemności, lecz włączenie tej sfery w służbę miłości. Istnieje analogia między seksualnością a spożywaniem pokarmów. Sensem jedzenia nie jest zaspokajanie przyjemności, lecz odpowiedzialne odżywianie organizmu. Tak, jak istnieje zdrowa i szkodliwa żywność oraz odpowiedzialny i nieodpowiedzialny sposób odżywiania, tak też istnieje zdrowa i szkodliwa seksualność oraz odpowiedzialne i nieodpowiedzialne postawy w sferze seksualnej.

Sensem ludzkiej seksualności jest potwierdzanie miłości małżeńskiej oraz odpowiedzialne przekazywanie życia. Zasada ta wynika z faktu, że gesty, jakie odpowiedzialny człowiek okazuje innym osobom, są proporcjonalne do więzi, które z tymi osobami zbudował. W przeciwnym przypadku gesty te byłyby fałszywe i szkodliwe. Największym zagrożeniem w sferze seksualnej są zachowania, które odrywają seksualność od miłości małżeńskiej i od odpowiedzialnego rodzicielstwa. Niektóre formy seksualności oderwanej od miłości i od płodności niosą ze sobą aż tak wielką krzywdę, że są zakazane kodeksem karnym (na przykład gwałt, pedofilia, pornografia dziecięca czy aborcja).

Wychowanie seksualne jest potrzebne po to, by zaspokojony był człowiek, a nie jego popęd. Ludzka seksualność nie jest złem, które wymaga walki czy unicestwienia, lecz dobrem, które – jak każde dobro w człowieku – wymaga czujności i roztropności. Odwoływanie się w wychowaniu seksualnym głównie do nakazów i zakazów sprawia, że człowiek czuje się niesłusznie ograniczany w swojej wolności i w swoich potrzebach. Prowadzi to do buntu i dodatkowo wzmaga trudności. Dojrzała motywacja w pracy nad sobą w tej dziedzinie oznacza, że człowiek podejmuje trud panowania nad seksualnością dla własnego zysku, czyli dlatego, że rozumie, iż leży to w jego interesie i jest warunkiem jego rozwoju.

Drugim, obok pozytywnej motywacji, warunkiem odpowiedzialnego wychowania w sferze seksualnej jest kształtowanie prawego sumienia w tej dziedzinie. Sumienie to zdolność odróżniania tego, co nas rozwija, od tego, co szkodzi nam samym czy innym ludziom. Pierwszą skrajnością jest tu subiektywizm moralny. To sytuacja, w której człowiek przypisuje samemu sobie władzę ustalania tego, co służy jego rozwojowi, a co go niszczy (na tym polegał właśnie grzech pierworodny!). Im bardziej ktoś krzywdzi siebie czy innych, tym bardziej manipuluje własną świadomością i potrafi wręcz nałogowo oszukiwać samego siebie. Właśnie dlatego niektórzy ludzie uważają, że czymś dobrym jest kradzież, zabijanie niewinnych dzieci, narkotyk, samobójstwo czy eutanazja. Na szczęście żaden sąd nie uniewinni na przykład gwałciciela tylko dlatego, że subiektywnie uważa on, iż gwałt to rzecz normalna i dobra.

Drugą skrajnością w formacji sumienia jest obiektywizm moralny, który w tym kontekście oznacza, że dany człowiek uważa, iż jego zachowanie jest poprawne moralnie, jeśli tylko w swych zewnętrznych przejawach jest ono zgodne z normami moralnymi. Błąd polega tu na tym, że człowiek nie poddaje osądowi sumienia swoich przeżyć, postaw, motywacji. Tymczasem jest możliwe, że zewnętrzne zachowanie danego człowieka jawi się jako moralnie poprawne, ale jego motywacje, intencje czy subiektywne przeżycia są niedojrzałe a nawet niemoralne. Zdarza się przecież, że ktoś z przewrotną motywacją wykonuje czyny, które z zewnątrz wydają się przejawem miłości. Można zewnętrznie panować nad ciałem, a w sercu dopuszczać się cudzołóstwa. Ukształtowanie prawego sumienia oznacza sytuację, w której człowiek respektuje zasady moralne w sposób świadomy i wolny oraz w oparciu o pogłębione motywy, czyli z szacunku do samego siebie i do innych ludzi.

Jeśli ktoś wypełnia funkcje kapłańskie, ale nie traktuje kapłaństwa jako powołania i nie kocha bezinteresownie, to sfera seksualna będzie go zawsze niepokoić. W konsekwencji będzie usiłował zagłuszyć w sobie tę sferę albo przeciwnie, wmówi sobie, że seksualność jest czymś aż tak atrakcyjnym i ważnym, iż należy jej podporządkować nawet własną godność oraz wierność własnemu powołaniu. Pogodną integrację seksualną osiąga tylko ten kapłan, dla którego Bóg i człowiek ważniejszy jest od popędu i od przyjemności. Tylko taki kapłan potrafi z radością trwać w czystości ciała i serca. Tylko wtedy też może cieszyć się celibatem i widzieć w bezżenności szansę na czystą miłość do każdego spotkanego człowieka.

Podstawą dojrzałości alumna, a później kapłana w sferze seksualnej, jest zatem radosna miłość do Boga, do samego siebie i do bliźniego. Tylko żyjąc w obecności Boga, który jest miłością, można dorastać do tej do tej autonomii emocjonalnej, która jest konieczna, by w odpowiedzialny i pogodny sposób kierować własną seksualnością. Dojrzały kapłan w sposób inny niż małżonkowie – gdyż w pozbawiony wymiaru seksualnego – wyraża miłość do człowieka. Nie lęka się swojego ciała, swojej płciowości i swoich emocji, gdyż wszystkie te sfery potrafi zintegrować w taki sposób, by o miłości Boga do człowieka świadczyć z entuzjazmem, zapałem, radością i serdecznością, czyli całym bogactwem własnego człowieczeństwa.

Ważnym znakiem dojrzałości alumna czy kapłana jest jego pokora i czujność oraz stanowczość i dyscyplina w sferze seksualnej. Dojrzały ksiądz zdaje sobie sprawę z tego, że czujność jest konieczna nie tylko ze względu na siłę popędów i uczuć, ale także ze względu na niedojrzałe zachowania innych ludzi oraz ze względu na negatywne naciski dominującej kultury. Wie, że czujność i dyscyplina są konieczne w każdej fazie życia. W okresie młodości potrzeba czujności wiąże się z naturalną tęsknotą za intymnością małżeńską oraz za pragnieniem radości rodzicielskiej. W okresie późniejszym potrzeba czujności wynika z równie naturalnej tęsknoty za wyjątkową więzią z kimś szczególnie cennym i kochanym.

Niektórzy – kapłani i świeccy – naiwnie sądzą, że rozwiązaniem wszelkich trudności w sferze seksualnej czy w relacji kapłana do kobiet, byłaby rezygnacja Kościoła katolickiego z celibatu. Tymczasem dojrzały ksiądz to stanowczy realista. To ktoś, kto zdaje sobie sprawę z tego, że zachowanie wierności i czystości małżeńskiej nie jest wcale łatwiejsze niż zachowanie czystości w kapłaństwie. Dojrzały ksiądz decyduje się na celibat i rezygnuje ze współżycia seksualnego nie z lęku przed małżeństwem i rodziną, ale ze względu na więź z Chrystusem oraz z ludźmi, do których Chrystus go posyła. Seksualność z natury wiąże człowieka z kimś jednym, tymczasem kapłan powołany jest do tego, by być darem dla każdego spotkanego człowieka. Kapłan, który rezygnuje z małżeństwa i żyje w czystości, potwierdza, że należy do Boga, który jest miłością, gdyż kocha wszystkich.

Celibat staje się zrozumiały jedynie w kontekście realistycznego i całościowego patrzenia na naturę człowieka. Prawdziwym wyzwaniem dla kapłanów nie jest bezżenność, lecz dorastanie do miłości dojrzałej, wiernej i ofiarnej. Ksiądz, który bezinteresownie kocha, jest szczęśliwy i pogodny. Podobnie jak szczęśliwy i pogodny jest mąż i ojciec, który kocha swoich bliskich. Święty Piotr zdawał sobie sprawę z tego, że on sam i niektórzy inni uczniowie dla Mistrza opuścili wszystko, nawet swoje żony i dzieci (por Mt 19, 27-29). Dzięki celibatowi możemy pójść za Jezusem bez potrzeby opuszczania własnej żony i dzieci. Prawdopodobnie byłbym bardzo szczęśliwy jako mąż i ojciec, ale nie potrafię wyobrazić sobie tego, że mógłbym być jeszcze szczęśliwszy niż teraz, gdy jestem księdzem, który żyje w celibacie. Celibat nie jest dla mnie ciężarem, lecz błogosławieństwem, gdyż pomaga mi kochać wielu ludzi w sposób bezinteresowny i ofiarny. A to przynosi radość, która zaspakaja doczesne pragnienia mego serca.

Bolesny dramat ma miejsce wtedy, gdy ktoś sprzeniewierza się przyjętym już święceniom diakonatu czy kapłaństwa. Odchodzący przestaje być wierny własnemu powołaniu i łamie zobowiązania, które podjął w sposób świadomy, dobrowolny i publiczny. Odejście z kapłaństwa czy życia konsekrowanego to niewierność tak wielka, że może być porównana jedynie ze złamaniem przysięgi małżeńskiej. W Polsce mamy prawie trzydzieści tysięcy kapłanów diecezjalnych i zakonnych, a ci, którzy odchodzą, stanowią znikomy procent tej liczby, jednak każde odejście to o jeden dramat za dużo. Ponadto trzeba pamiętać także i o tym, że część księży i osób konsekrowanych przeżywa poważny kryzys, a mimo to nie odchodzą oni formalnie z kapłaństwa czy nie porzucają swoich wspólnot zakonnych. Duchownych w kryzysie jest zatem więcej niż tych, które oficjalnie porzucają kapłaństwo.

Każdy, kto odchodzi z kapłaństwa czy łamie śluby zakonne, szuka jakiegoś usprawiedliwienia, jakiejś formy wymówki. Działają wtedy psychiczne mechanizmy obronne. Kto nie postępuje zgodnie z sumieniem i z własnymi zobowiązaniami, ten przeżywa poważny niepokój i próbuje go „złagodzić” jakąś formą alibi. Całkiem podobnie czyni nastolatek, który ucieka z domu, albo człowiek dorosły, który odchodzi od małżonka, Boga i Kościoła. Ci, którzy porzucają kapłaństwo, zwykle całą odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację obarczają swoich przełożonych, trudne warunki życia czy zbyt duży – według nich – ciężar obowiązków, które mieli do wypełnienia. W rzeczywistości najważniejszym motywem odejścia jest kryzys danego księdza, zaniedbanie modlitwy i ofiarnej miłości, ucieczka od odpowiedzialności i od nieuniknionego przecież trudu życia, brak czujności i dyscypliny, a także naiwne oczekiwanie, że w świeckim życiu jest łatwiej osiągnąć rozwój, satysfakcję i doświadczyć radości. Tymczasem rozwój i radość zależy od tego, w jaki sposób postępujemy i jakie wymagania sobie stawiamy, a nie od tego, jakie jest nasze powołanie czy w jakim środowisku je realizujemy.